|
Irena Majewska wraz z całą rodziną uciekała z
Ukrainy do Poznania. Rosjanie nie zatrzymali tam jednak pociągu.
Wyrzucili ich dopiero na małej stacji na północy Polski. Rano
okazało się, że to Risenburg (Prabuty). Był rok 1945. Mieli
tam zostać na chwilę, tymczasem tu znaleźli swoje miejsce na
ziemi.
- Pochodzi pani z...
- Dąbrowicy. To czternastotysięczne
miasteczko położone na Ukrainie, między Sarnami i Unińcem.
Mieszkałam tam z rodzicami i dwójką młodszego rodzeństwa.
Ojciec mój był komendantem posterunku w Łachwie na Polesiu.
Przez pewien okres czasu mieszkaliśmy właśnie tam, na piętrze
posterunku.
- Pani sąsiadami byli ludzie różnych
narodowości. Jak się żyło w takiej mieszaninie kultur i
religii?
- Większą część mieszkańców stanowili Żydzi.
Oprócz nich mieszkali też Ukraińcy i Polacy. Na początku żyło
nam się bardzo dobrze, byliśmy zżyci z sąsiadami, nie zwracało
się uwagi na narodowość. Niestety, po wybuchu wojny sytuacja
diametralnie się zmieniła.
- To znaczy?
- Kiedy wybuchła wojna wszyscy byliśmy
wystraszeni. Ogarnął nas wielki niepokój. 17 września
posterunek w Łachwie zajęli Sowieci, a wszystkich
funkcjonariuszy aresztowano, także mojego ojca. Więźniowie
przetrzymywani byli w podziemiach budynku miejscowego starostwa
powiatowego. Warunki były straszne. Ludzie stali po kostki w
wodzie, a żywność i ubranie dostarczano im raz na tydzień.
Przez cały czas obawiałyśmy się z mamą o swój los, bo wtedy
rozpoczął się okres wywózek na Syberię.
- Jak wyglądało pani życie podczas wojny?
- Zaraz po wejściu Rosjan zostałyśmy z mamą
i rodzeństwem wyrzucone z mieszkania, które zajmowałyśmy. Nasz
dobytek rozkradziono, a nam kazano się wynosić. Schronienia
udzieliła nam żona naczelnika poczty. Było bardzo ciężko, tym
bardziej, że brat chorował. Musieliśmy jednak jakoś żyć.
Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że nasza rodzina jest na liście
przeznaczonej do wywózki na Syberię. Mama ubrała nas i uciekła
do Unińca, gdzie mieszkała jej bratowa.
- Doczekaliście tam końca wojny?
- Nie. W Unińcu mieszkaliśmy przez kilka
miesiący, ale stamtąd także wywożono na Syberię. Widok był
straszny. Całe rodziny pakowano na wozy. Mama postanowiła
wyjechać z rodzeństwem do Dąbrowicy, do mojej babki. Ja zostałam
w Unińcu, aby być blisko ojca. Żyliśmy w takiej rozłące. W
1940 roku ojciec został gdzieś wywieziony. Nie wiedzieliśmy
gdzie. Później okazało się, że do Ostaszkowa. Stamtąd już
do nas nie wrócił, zginął. Ja natomiast przeniosłam się do
mamy, do Dąbrowicy.
- Jak układało się życie w Dąbrowicy?
- Ja pracowałam, a mama zarabiała szyciem.
Nie uważano nas za niebezpiecznych, bo nikt nie wiedział kim
wcześniej był mój ojciec. Niestety, w 1941 roku coraz więcej
osób wywożono z Dąbrowicy. Niebawem przyszli Niemcy, którzy
przegonili Rosjan. Myśleliśmy że najgorsze już za nami. Bardzo
się myliliśmy. W 1942 zaczęły “grasować” bandy
Ukraińskiej Powstańczej Armii i wtedy zaczęły się prawdziwe
rzezie. Niedaleko od Dąbrowicy, w wiosce Sochy jednego dnia UPA
zamordowała 400 osób. Uratowała się tylko jedna dziewczynka.
Przerażeni nocowaliśmy poza domem. Babcia z siostrą spały w
kartoflisku, mama z bratem u sąsiada, a ja na stacji kolejowej w
Dąbrowicy.
Pamiętam jedną straszną przygodę. Któregoś
dnia dowiedziałam się, że cała moja rodzina została
wymordowana. Jak stałam poszłam przez skutą lodem rzeką, do Dąbrowicy.
Nagle zobaczyłam swoją sąsiadkę, przed którą szedł
Ukrainiec. Kiedy powiedziałam do sąsiadki “dzień
dobry” ten mężczyzna odwrócił się i zaczął biec za mną.
W pewnym momencie siekierą rozciął mi płaszcz. Nie odwracając
się biegłam dalej. Kiedy wpadłam do wioski z przerażeniem
spostrzegłam, że z naszego komina nie unosi się dym. Wpadłam
do domu i odetchnęłam z ulgą. Cała moja rodzina była cała i
zdrowa. Okazało się, że wymordowano inną rodzinę, która nosiła
takie samo nazwisko, jak my.
- Jak trafiliście do Polski?
- Znajomy Ukrainiec przewiózł nas w nocy do
Sarn. Ja pracowałam w kuchni u Niemców, dzięki temu mogłam
utrzymać rodzinę. W styczniu 1944 roku zaczęli wracać
Rosjanie, a Niemcy się cofali. Wraz z mamą postanowiliśmy
wyjechać do Poznania. Kiedy załadowano nas do pociągu byliśmy
przekonani, że wysiądziemy w stolicy Wielkopolski. Niestety, nie
dotarliśmy tam, bo Rosjanie nawet nie zatrzymali tam pociągu.
Wyrzucono nas w Prabutach i tu zostaliśmy.
Rozmawiała: Anna Bińczak
|